BANER3
Drukuj

Wycieczka do Teatru Bagatela na spektakl Kotka na gorącym blaszanym dachu

Aleksandra Polecińska i Aleksandra Kolasa .

Zdjęcia ze strony teatru Bagatela w Krakowie

Wrzesień to czas niezwykły dla teatrów: pełen powrotów do znanych sztuk, ale również premier. Teatr „Bagatela” im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego nie jest w tej kwestii wyjątkiem. Podobnie jak dla uczniów V Liceum Ogólnokształcącego w Dąbrowie Górniczej wyjazd do Krakowa, na początku roku szkolnego, w celu spędzenia czasu zarówno w towarzystwie zabytkowych murów, jak i niezwykle utalentowanych aktorów grających na tamtejszych scenach.

Tym razem zdecydowano się na obejrzenie wystawianego na deskach Dużej Sceny niebagatelnego utworu Tennesseego Williamsa, „Kotki na gorącym blaszanym dachu” według stosunkowo nowego tłumaczenia Jacka Poniedziałka. Ten przekład obecnie uznaje się za najlepiej oddający myśli autora z powodu pozbycia się cenzury oraz nieco bardziej dosłownego tłumaczenia - szczególnie w przypadku imion bohaterów. Ponadto Poniedziałek zdecydował się na ujednolicenie tytułów. Od tej pory dramat Williamsa i jego filmowa ekranizacja już nie mówią o rozpalonym, lecz o gorącym dachu.

Dariusz Starczewski, czyli reżyser spektaklu rozpoczął swoją przygodę z twórczością amerykańskiego dramaturga najpierw za sprawą „Szklanej menażerii”, a później „Tramwaju zwanego pożądaniem”, tym samym coraz dokładniej zgłębiając się w twórczość Williamsa, a także zbliżając się do pełniejszego zrozumienia autora, który niechętnie wypowiadał się na temat swoich dramatów. Na ten moment jego ostatnią inscenizację można uznać za ukoronowanie tego działania i jednoczesne spełnianie woli dwukrotnego laureata Pulitzera, ponieważ jak sam twierdzi: (Williams) oglądając po raz kolejny poprawne, ale utrzymane w bezpiecznie realistycznej konwencji spektakle, musiał odczuwać ogromne rozczarowanie, wynikające z powierzchownej i uproszczonej lektury swoich tekstów. Starczewski zdaje się nie podążać za żadną z poprzednich wersji „Kotki” i bawić się konwencją, łącząc realizm ze światem fantazji, a nawet dodając postaci, które nie istniały w świecie rzeczywistym przedstawionym przez autora utworu i tworząc spektakl znaków i symboli przy jednoczesnym zachowaniu oryginalnej fabuły.

Historia z ponadczasowym wdziękiem opowiada o gorącym blaszanym dachu, czyli w ogólnym rozumieniu o życiu rodziny, w której więzi zdają się być dalekie nawet od zaniżonej normy. Jedynie najwyższa wartość wyznawana przez jej członków wydaje się wspólna dla większości: pieniądze. Mae (Kamila Klimczak) i Goopera (Marcin Kobierski) zdają się interesować wyłącznie majątkiem Dużego Taty (Paweł Sanakiewicz), który w pewnym momencie zrzuca maskę spokoju i uprzejmości na rzecz wulgarnych, lecz szczerych przemyśleń. Każde jego słowa zostały wypowiedziane z wielką pasją, powstałą z doświadczenia i talentu aktorskiego, tak, że widz nie może żywić negatywnych uczuć do tej postaci, pomimo przekleństw i wyrazów jawnej niechęci kierowanych do otoczenia. Zupełnie inny wydaje się Brick (Kosma Szyman), zmaga się z demonami przeszłości i alkoholizmem ściśle związanym z tragiczną śmiercią przyjaciela, a łączących ich relacji nie potrafi określić inaczej niż coś z różnymi przymiotnikami. W środku tego wszystkiego znajduje się tytułowa Kotka (Magdalena Walach), która wytrwale siedzi na zupełnie niewygodnym dachu mimo nieodwzajemnionych uczuć ze strony swojego męża. A co jest jej zwycięstwem? Może to, że siedzi, póki może. To wszystko prowokuje do pytań: czy istnieją uczucia, czy tylko egoistyczne pobudki? A może jedno i drugie?

W udzieleniu odpowiedzi na to pytanie nie pomaga scenografia. Nie jest przesadzona: rekwizytami są tylko przedmioty niezbędne i funkcjonalne, wybrane z pełną świadomością. Szklanki z alkoholem i kula dla Bricka, wózek dla Dużego Taty, stół dla rodziny i trochę ramp, zarysów pokoi. Dom wydaje się pusty i ciemny dzięki oświetleniu, które często pada punktowo, tworząc niezwykłe cienie. Jednak prawdziwy nastrój oddają strzelnice rodem z lunaparku i towarzysząca ich wjazdowi muzyka. Sam Starczewski podkreśla, że są one symbolem dachu rozumianym jako walka o przetrwanie i pozostanie w grze.

Spektakl zdaje się podążać za zamysłem Tennesseego Williamsa, zrzucając ograniczenia cenzury i języka, a reżyser pozwala sobie na snucie wizji świata, niezakłóconej żadną wcześniejszą inscenizacją, dzięki ponownemu odczytaniu didaskaliów w nowym tłumaczeniu. Powołuje do życia senne symbole, kukły i kowbojów, tworząc wrażenie niepewności u widza. Spektakl, pomijając fantastyczną grę aktorską, szczególnie Magdaleny Walach, Kosmy Szymana oraz Pawła Sankiewicza, jest wart zobaczenia choćby dla doświadczenia nieco innego odczytania popularnej „Kotki na gorącym rozgrzanym dachu”, zaś dla fanów Williamsa odwiedzenie Teatru „Bagatela” im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego, to punkt obowiązkowy na krakowskiej mapie.